czwartek, 1 stycznia 2026

Oczęta

Już wczoraj pojawiły się pierwsze szparki. U dziewczynki, rodzyneczki, jako pierwszej. 

Dziś w Nowy Rok chyba wszystkie zapragnęły ujrzeć światło, jak światełko w tunelu, przez szpareczki w oczkach maleńkich. 



Dziewczynka od urodzenia zwana pieszczotliwie Sirenitą najmocniej uchyliła swe powieki. To delikatne szpareczki, ale tyle emocji. Jak byłby to Nasz pierwszy raz, choć nie jest, ale skoro jest to Ich pierwszy raz to przeżywamy mocno. Ekscytacja na miarę Nowego Roku 😁

 

Światełko jak ziarenko maku, ale tak konkretne i nie dające wątpliwości, że to już właśnie to, oczko. 

Drugą nowinką jaka od 2-3 dni zaczęła się pojawiać w życiu szczeniaczków są pierwsze odgłosy przypominające szczekanie. Oczywiście bardzo subtelne i sprawia wrażenie prób głosu. Ale zdecydowanie jest to całkiem nowa reakcja wokalna, do tej pory jedynie popiskiwały. Po raz pierwszy usłyszałam ten uroczy szczek, jakby delikatny warkot, w trakcie ćwiczeń neurostymulujących. Ewidentnie wyglądał na oznakę niezadowolenia. Dzisiaj już w innej sytuacji, w trakcie czuwania, jakby z potrzeby zaznaczenia swojej obecności. 



I dodatkowo podczas snu, ciekawe co się tym maluszkom śni. Wygląda jakby przeżywały te senne obrazy. 



środa, 31 grudnia 2025

Zima

Przyszła prawdziwa zima, na ten koniec 2025 roku ❄️ Wczoraj była zamieć śnieżna, całą noc padało, ponoć napadało 60 cm, może więcej. Warmia została najsilniej zasypana. 

Konie wydeptują korytarze, psy pokrywają się kulkami lepkiego śniegu. 





Salsa, wracająca z krótkich wyjść na załatwienie potrzeb, jest cała zakulkowana śniegiem. Odgruzowujemy łapy, portki, suszymy futro, by do dzieci nie wchodziła zbyt mokra. 






Zjawiskowa aura, pierwszy raz taką kołderką przykryta Ziemia Nomadów. Prawdziwa zima, daleko jej do Zimy Stulecia z Mojego dzieciństwa, gdy w Gdańsku tunele były kopane by móc się przemieszczać. I Zatoka Gdańska był zamarznięta, chodziliśmy po lodzie bardzo daleko od brzegu. Przyjemną atmosferę tworzy ta biała wszechogarniająca pierzynka. Zalet co_nie_miara. O wadach nie będę wspominać. Póki co mamy zapasy jedzenia, z opałem ciut słabiej, gaz się kończy ale przerwy w dostawie prądu jedynie chwilowe. 


wtorek, 30 grudnia 2025

Nowe w Nów

20 grudnia w ostatni Nów Księżyca w 2025 roku, w momencie Zimowego Przesilenia, w najdłuższą w roku noc urodziły się długo wyczekiwane szczeniaczki.

Dzieci Salsy i Chilli’ego, czwórka dorodnych maluchów. Trzech chłopców i jedna dziewczynka. Każdy w swej pryginalnej łaciatości, umaszczenia jak 4 pory roku, jeszcze nie mieliśmy takiej gamy. 


Z racji wielkich zmian w temacie energii jakich doświadczamy po 5 latach życia (z wyboru) w off-gridowym siedlisku … pojawiła się w porodówce „sztuczna kwoka” czyli promiennik podczerwieni🚨 Sami od października delektujemy się ciepłem z lampy świecącej falami podczerwieni, wspaniale rozgrzewa ciało, nie wysuszając powietrza. A przy okazji daje przyjemne wrażenie plażowania ☀️
Maleństwa mają więc od urodzenia ciepełko gwarantowane 🧡 co w wiejskiej drewnianej chacie nie jest oczywistością. Jak nadchodzi Wiatr Północy wwiewa przez szczelinki dużo mrozu, zwłaszcza w ten grudniowy, w końcu zimowy czas. Ronja przeszczęśliwa, bo narty przecież czekają 😁🎿❄️⛷️ bałwany też chciałyby zostać ulepione ☃️
Ale noworodki żyją w cieplutkim gniazdku otulone matczyną miłością i futerkiem ♥️


Noworodki silne, od pierwszych chwili mają mocny odruch ssania i potrzebę bliskości, wtulania się w mamę. Najchętniej spędzałyby całe dnie i noce na cyckach. Choć jak mama odsunie się od lampy to może odpocząć, a maluchy jak na plaży wygrzewają w ciepełku.



Przez pierwsze dni Salsa z trudem zostawiała je, wychodząc na krótką chwilę by się załatwić i zaczerpnąć świeżego powietrza. Po tygodniu zaczęła sobie robić chwile wytchnienia wychodząc z kojca i leżąc obok, słysząc i widząc dzieci. Reagując gdy się któryś obudził i zawołał „mamo, gdzie jesteś??”

Przez ten pierwszy tydzień czuwaliśmy rodzinnie na zmianę całą dobę przy maleństwach. By przypadkiem za daleko nie oddaliły się w zaułki kojca, by pomóc gdyby przypadkiem nie mogły znaleźć cycka 😚 by być pewnym, że temperatura i  wilgotność powietrza mieszczą się w oczekiwanych widełkach 😎 by w końcu przesuwać lampę w najbardziej idealne ustawienie, dokładać mokrych ręczników wokół kojca.
I tak upływały dni i noce, a że czas świąteczny na kalendarzu się pojawił akurat w tym pierwszym tygodniu 🎄 mieliśmy wyjątkowe święta, z nowonarodzonymi prawie w żłóbku. Wszak materacyk na którym leżą od urodzenia jest wypełniony sieczką słomianą, super izolujacą od podłogi.



Dziś maluchy skończyły 10 dni i ostatnie noce mamy już przespane. Salsa też robi sobie przerwy na sen zgodnie z własnym poczuciem. Dłuższe przerwy w karmieniu, ale jeszcze nie daje się odczuć aktywność maluchów. Dnie i noce upływają na ssaniu i spaniu.
Zapewniamy im kilka razy dziennie „atrakcje”, regularne ważenie rano i wieczorem, południową stymulację neurologiczną i popołudniowy trening zapachu.
A to wszystko dla wsparcia rozwoju, wzmocnienia układu immunologicznego i poprawy krążenia. 
Więcej o ENS i ESI obiecuję przybliżyć w oddzielnym wpisie.
 

sobota, 27 grudnia 2025

Promocja rasy

Dziś ruszyła strona oficjalna promująca rasę mastif pirenejski na świecie. Inicjatorami i sprawcami tej wirtualnej przestrzeni są dwaj entuzjaści rasy: Ruud Buddenberg i Paul Stijns.




To wielki moment, w atmosferze nadziei na powstrzymanie ujemnego przyrostu naturalnego, społeczność światowa hodowców, właścicieli i pasjonatów rasy trzyma kciuki za powodzenie idei. 

Ruud Buddenberg

Paul Stijns

Prosta w budowie strona, przejrzysta, wręcz minimalistyczna, by nie zniechęcić osób zaciekawionych rasą. Wzbudzić apetyt na jej poznanie, przybliżyć miejsca gdzie można w realu poznać przedstawicieli rasy. Wesprzeć w poszukiwaniach hodowli, szczeniąt. Przenieść na grunt lokalny do miejsc gdzie mastify pirenejskie żyją.

Strona ma 2 adresy przenoszące do tej samej platformy:

www.mastindelpirineo.eu

www.pyreneanmastiff.eu

W imieniu twórców zapraszam na stronę o mastifach pirenejskich.



czwartek, 18 grudnia 2025

Diunka

18 grudnia 1990 roku, w Skierniewicach, w hodowli „Mgły Szetlandów” u Państwa Góreckich przyszła na świat Moje pierwsza szetlandka. 

Gdyby żyła obchodziłaby dziś swoje 35 urodziny 🎂




Jej rodowodowe imię brzmiało SUWI a w domu ochrzciliśmy Ją Diuna. 

Ta tricolorowa sheltie była Moim wymarzonym pierwszym rasowym psem. Zakupiona za połowę „ślubnych kopert” zimą 1991 roku. 

Poszukiwania sheltie wypatrzonego w księdze „Psy rasowe” w tamtych czasach rozpoczynało się w najbliższym oddziale Związku Kynologicznego. Zadzwoniłam (byłam szczęśliwą posiadaczką stacjonarnego telefonu, co na ówczesne czasy nie było oczywistością) więc do sopockiego oddziału i udało się namierzyć w bazie jedyne szczenięta owczarka szetlandzkiego w tamtym momencie w Polsce. Aż w Skierniewicach! Szczęśliwa, zadzwoniłam do Państwa Góreckich i umówiłam się by przyjechać zobaczyć szczeniaczki. Miały już 2,5 miesiąca. Ja byłam w 7 miesiącu ciąży. Ale wsiadłam w pociąg i po wielu godzinach dotarłam z Gdańska do Skierniewic. To był początek historii podróży z Diunką. Najeździłyśmy się po Polsce na wystawy, w tamtych czasach podróżowanie pociągiem było tak naturalne.

Rodzinę w której urodziła się Diunka pokochałam od pierwszego wejrzenia, wspaniała rodzinka Góreckich, mieszkali w bloku, tak jak My. Mieli dwójkę dzieci, Karolinkę i Marcina (aktualnie dr hab. na katedrze Zoologii Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu). Przecudna atmosfera miłości rozlewającej się na stadko wesołych szetlandów.


I Diunka, jedna z gromadki tricolorowo-marmurkowych maluchów. Mamusia Draka też tricolorowa, tatusia wówczas jeszcze nie poznałam, mieszkał w Warszawie u Pani Joasi Adamowskiej (długoletniej hodowczyni sheltie, obecnie sędziny psów pasterskich). Fidla  tatusia poznałam na wystawach, gdzie był wystawiany jako pierwszy pies blue-merle w Polsce. 

Diunka była najwspanialszą psią przyjaciółką, kochałam Ją bezgranicznie. A Ona kochała całą Naszą Rodzinę. Towarzyszyła pojawiającym się dzieciom, Kubusiowi, Jaśmince, Matikowi i Mieszkowi. Dla każdego, w zależności od wieku, miała inne granice wytrzymałości. Niesamowite było obserwować jak to się zmienia z wiekiem dzieci. Ona była pierwsza  przed dziećmi, więc czuła się zapewne Ich opiekunką, tak to wyglądało. Była bardzo uważna, troskliwa, zaangażowana w pilnowanie na spacerach, jak stadka owieczek 🐑

Owiec nie miała okazji zaganiać w swym 12-letnim życiu, miejskim w przewadze. Choć staraliśmy się spędzać dużo czasu na łonie natury, wspólnie podróżować, to owcze stada nie pojawiały się na horyzoncie.

Diunka była wystawową suczką, zdobyła uprawnienia hodowlane i została mamą. Urodziła 3 mioty, dwukritnie z marmurkowym partnerem i raz ze śniadym. Wykarmiła i odchowała w sumie 13 szczeniąt. Pierwszą 4kę na A, szóstkę na B i trójkę na C.

Jedynym hodowlanym dzieckiem jakie poszło w świat okazała się tricolorowa suczka z drugiego miotu, Black First Lady. To dzięki Panu Kazimierzowi Ślusarkowi, ktôry w rozliczeniu za krycie wybrał tą sunię i pozostawił w swej hodowli Polly z M-3, krew Diunki płynie po dziś dzień w setkach szetlandów na świecie. Dokładnej liczby potomków Diunki nie doliczyłam się jeszcze, jestem w trakcie tworzenia drzewa genealogucznego.  

Diunka dożyła 12 lat, chorowała przez ostatni rok na raka pęcherza moczowego, udało się operacją przedlużyć życie o kilka miesięcy ale nowotwór rozsiał się i atakował kolejne organy, byliśmy zmuszeni zmniejszyć cierpienie nie pokazujacej go Nam ukochanej psinki. Tak bardzo kichała i nie chciała aprawiqć Nam smutku że nie okazywała bólu, jaki pewnie czuła. Powolutku słabła i jedynie rozsądek w końcu wziął górę i pogodziliśmy się ze smutną rzeczywistością.

Strata Diunki sprawiła że nie byłam w stanie sobie wyobrazić że kiedykolwiek będę w stanie pokochać innego psa. Taka wyrwa w sercu głęboka jak Rów Mariański. Wiele lat w domu Naszym żyły jedynie koty, dopiero po 10 latach dołączyła do rodziny Kaja, goldenka. Szetlanda nie byłabym w stanie jeszcze wówczas przyjąć do serca. Potrzebowałam kolejnych 10 lat. Czyli dwie dekady po odejściu Diunki zaczęłam rozglądać się za sheltie. Na samą wiadomość, że w obecnych czasach istnieją internetowe bazy ksiąg rodowodowych i jest dostęp do nich, można wyszukać psy z zamierzchłych lat 90tych. Tą ścieżką doszukałam się potomków Diunki i obecnie żyje z Nami tricolorowy MoonRi i marmurkowa suczka Lunita. Obydwoje w 8-10 pokoleniu prapra…wnuki Diuny. Czuję w MoonRi’m energię Diuny. Spokój, opanowanie, taka dystyngowana gracja. I w Jego oczach Jej iskierki ♥️ Tego się nie zapomina, to zostaje w sercu. Cieszy się serce z tej ciągłości, continuum. Wdzięczność za czystość krwi strzeżona przez ZKwP zrzeszone w światowej organizacji FCI. Dzięki tej ortodoksyjności mam szansę na pay z rodu swej ukochanej suni.




wtorek, 1 lipca 2025

Dzień Psa

Dzień Psa, święto obchodzone w Polsce już od 2007 roku.

Wspominam te z dzieciństwa. Rok 1980. Pierwszy pies Dingo, pseudo~owczarek zwany w ówczesnych czasach „wilczurem”. Niezmierzona ilość kilometrów przemierzone na spacerach lasem od Srebrzyska do Podleśnej.

Kolejna była Keja, rok 89, drugi pies życia, pierwsza suka. Miała być długowłosym wilczurem, o takim wtedy marzyłam i takiego obiecał Mi ówczesny chłopak. Ale najbardziej to marzyłam o tym by mieć swojego psa, wreszcie. Wszak miałam 18 lat, więc już nikt nie stanie Mi na drodze ku ziszczeniu tego marzenia 😉 

„Wielce” odpowiedzialna decyzja w stylu „Mamo jadę na wakacje, przecież nie zabiorę ze sobą psa” czy „poranne” spacery ze szczeniakiem jak już się dobrze wyspałam 🤦🏽‍♀️, brak świadomości o utrzymywaniu psa, leczeniu czy prewencji, wszak do tej pory te tematy nie istniały. Ta totalnie dziecinna historia zakończyła się na szczęście/nieszczęście zajęciem (przez Keje) miejsca Dinga, po jego odejściu, i pozostaniem Keji w domu rodzinnym z Moją Mamą, która nie wyobrażała sobie wtedy domu bez psa. Uff, ogromna ulga i pierwsze urzeczywistnienie sobie „z czym to się je” 😎

Ja w tym czasie się na „swoje” wyprowadziłam i jak się wówczas mawiało „rodzinę założyłam”. A z „kopert” ślubnych pierwszego rasowego, rodowodowego psa wybrałam. Rasę, której na oczy nie widziałam, a na wystawach sopockich nie miałam tego szczęścia by w latach 80tych spotkać. Ale w albumie „Psy rasowe” znalazłam i się zakochałam w owczarku szetlandzkim, sheltie. I w zaawansowanej ciąży do Skierniewic z Gdańska po Diunę pociągiem pojechałam. Był to rok 1991. Suczka rodowodowo miała imię SUWI Mgły Szetlandów i była córka DRAKI Kudłate Zwierzątko i pierwszego zacnego marmurka w Polsce, JINGLE JEWEL IN BLUE Zarvo’s.

Diunka była towarzyszką rodziny i nianią 4 dzieci. Najcudowniejsza partnerka spacerów, wypraw, rozmów, bycia w uważności. Najwspanialsza rasa pod słońcem. Była też wystawową suką, pojeździłyśmy wspólnie po Polsce pociągiem, na wystawy krajowe, klubowe i zagraniczne. Była suką hodowlaną i miała 3krotnie dzieci, na literę A, B i C. Wśród Nich BLACK FIRST LADY Smafta, która trafiła w rozliczeniu za krycie do domu reproduktora, do najstarszej hodowli sheltie w Polsce u Pana Kazimierza Ślusarka. I to była chyba jedyne hodowlane dziecię Diuny. Jedyne ale za to bardzo płodne i dające wspaniałe dzieci. Ale to już opowieść na inną historię, którą się kiedyś podzielę.

Po stracie, 12 letniej Diuny, nie wyobrażałam sobie, że kiedykolwiek będę w takiej relacji z psem. Długie lata nie miałam odwagi by wrócić na tą ścieżkę. Pojawiły się w domu koty i długo długo nie było psów.

Aż do dnia gdy „dzieci XXI wieku” {Mieszko i Nawojka} już bardzo wierciły dziurę w brzuchu o psa, a jakaś pseudohodowla pozbywała się bezpłodnej (bądź nie dającej szczeniąt) goldenki. Rok 2013, dołączyła do Naszej Rodziny trzyletnia Kaja (imię już takie miała w szemranym „rodowodzie”, myśleliśmy nawet o zmianie, bo nie lubię powtarzania imion, a to było prawie identyczne z Keją, ale ostatecznie zostaliśmy przy pierwszym by nie pogłębiać zamieszania w życiu Kai).  Podróżowała z Nami przez Europę wszerz i wzdłuż. Jej największą miłością była woda, nie ważne czy płynąca czy stojąca. Wszystkie jeziorka, stawy, potoki, rzeki i morza były Jej. Uwielbiała w niej sie bawić, ale głównym zajęciem było stanie. Stała w niej zanurzona po pachy i zahipnotyzowana patrzyła w toń. Niezapomniane te medytacje w wodzie, zapatrzona w rybki potrafiła spędzać tak czas godzinami.

W 2018, na pierwszej oceanicznej plaży w Bolonii, tuż za Tarifą, rozkochała w sobie kawalera. I ta „bezpłodna” do tej pory suczka, powiła po 2 miesiącach, gromadkę dzieci. Złote i czarne „goldenki”, wśród Nich Amber i Pablo. 

Może słońce południowe rozbudziło hormony? A może woda ta największa i najbardziej dzika, nieokiełznana, oceaniczna natura, wzbudziła naturę, mimo wieku, miała 8/9 lat gdy została mamą. I to Ją odmłodziło. Ale weterynarz obawiał się sterylizacji, nie był w stanie obiecać, że Jej serce wytrzyma operację. Jak już osiedlismy na emeryturze (Kai oczywiście 😉) na Ziemi Nomadów to przygruchała sobie kolejnego amanta z sąsiedztwa i powiła drugi miot w wieku 10 lat. Ona to miała zdrowie 🤪 Siódemka rozrabiaków spod „ciemnej gwiazdy” 😆 tak się śmieję, bo wszystkie tym razem były ciemnego koloru. Jednym z nich jest Taj, przytulas jak Jego mama.

Kajunia odeszła w sędziwym wieku, 13/14 lat, 2 lata temu w czerwcu.

Ale w międzyczasie pojawiły się w Mojej psiej historii, psy stróżujące, nieodzowne na farmie z owcami. Tu gdzie wilki żyją tuż za miedzą, szukaliśmy rasy, która da pasterzowi poczucie bezpieczeństwa i uchroni stado. I udało się znaleźć wspaniałą rasę, mastify pirenejskie. I zdają egzamin jako stróże odstraszające watahy wilków, krążące wokół. Rok 2020 pojawiła się Salsa rodowodowo SALSA Stajnia Dzieci Wiatru. Rok 2021 dołączył Chilli, rodowodowo CILIO Los Hafanos (okazało się że w Czechach jak jest miot na literę „C” to nie może być na CH 🙄). A obecnie towarzyszy Im ich syn Jeżyk. Kawaler na wydaniu. Rodowodowo OZ Nomad Farm.

Na zakończenie dotychczasowej psiej historii Mego życia mam najwspanialszy comeback, jakiego się nie spodziewałam. Choć czułam, że po odejściu Kai brakuje wszystkim domownikom psa domowego, przytulasa. Przez lata wspomnienie Diuny bardzo dystansowało Mnie od sheltie. Nie wierzyłam, że mogę to przeżyć jeszcze raz. Ale tęsknota pokonała te obawy. I w sierpniu 2023 zaczęłam poszukiwać sheltie, po 20 latach od odejścia Diunki. 

Marzeniem, wydawało się nie do spełnienia, było znalezienie szczenięcia w którego żyłach będzie płynąć krew Diuny. Była suką hodowlaną, więc iskiereczka nadziei zaczęła się tlić. Poszukiwania, wertowanie rodowodów, 8,9,10 pokolenie wstecz i jest Bingo 🎯

Pra,pra … wnuk dołączył do Nas we wrześniu 2023. MoonRi, rodowodowo MOON RIVER Blue Universe. MoonRi, spełnienie, nie tylko tego marzenia ale i wiele wiele więcej. MoonRi nie dość, że jest tricolorem jak Diuna to ma tą samą energię co Ona. Tego się nie zapomina. To czuć i to jest nie do podrobienia 🥰 Powrót do szetlandów to przecudna przygoda, na stare lata 😁 W maju 2024 dołączyła do Nas Lunita, rodowodowo LUNITA Dolce Piccoli. Marmurkowa sunia, również prapra … wnuczka Diuny. To jest radość wcielona, cóż za przyjemność obcować z tą rozkoszną psiną. Poranki i całusy na powitanie, taki dzień, codzień, nie mógłby sie lepiej rozpocząć 😆

Pierwsze dwa szetlandy w XXI wieku, ciekawe ile będzie ich docelowo 😁

Takie to psy miałam zaszczyt zaopiekować i być zaopiekowaną przez Nie 🤍💛🤎🖤💙 Wdzięczność za pojawienie się Ich w Moim życiu.


PS 📷 Jak dotrę do archiwum z dzieciństwa i młodości to obiecuję uzupełnić o fotki z XX wieku

Dingo, Keji i Diuny 🤍💛🤎🖤


PS 🙌 A jakie psy w Twoim/Waszym życiu się pojawiły?