czwartek, 18 grudnia 2025

Diunka

18 grudnia 1990 roku, w Skierniewicach, w hodowli „Mgły Szetlandów” u Państwa Góreckich przyszła na świat Moje pierwsza szetlandka. 

Gdyby żyła obchodziłaby dziś swoje 35 urodziny 🎂




Jej rodowodowe imię brzmiało SUWI a w domu ochrzciliśmy Ją Diuna. 

Ta tricolorowa sheltie była Moim wymarzonym pierwszym rasowym psem. Zakupiona za połowę „ślubnych kopert” zimą 1991 roku. 

Poszukiwania sheltie wypatrzonego w księdze „Psy rasowe” w tamtych czasach rozpoczynało się w najbliższym oddziale Związku Kynologicznego. Zadzwoniłam (byłam szczęśliwą posiadaczką stacjonarnego telefonu, co na ówczesne czasy nie było oczywistością) więc do sopockiego oddziału i udało się namierzyć w bazie jedyne szczenięta owczarka szetlandzkiego w tamtym momencie w Polsce. Aż w Skierniewicach! Szczęśliwa, zadzwoniłam do Państwa Góreckich i umówiłam się by przyjechać zobaczyć szczeniaczki. Miały już 2,5 miesiąca. Ja byłam w 7 miesiącu ciąży. Ale wsiadłam w pociąg i po wielu godzinach dotarłam z Gdańska do Skierniewic. To był początek historii podróży z Diunką. Najeździłyśmy się po Polsce na wystawy, w tamtych czasach podróżowanie pociągiem było tak naturalne.

Rodzinę w której urodziła się Diunka pokochałam od pierwszego wejrzenia, wspaniała rodzinka Góreckich, mieszkali w bloku, tak jak My. Mieli dwójkę dzieci, Karolinkę i Marcina (aktualnie dr hab. na katedrze Zoologii Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu). Przecudna atmosfera miłości rozlewającej się na stadko wesołych szetlandów.


I Diunka, jedna z gromadki tricolorowo-marmurkowych maluchów. Mamusia Draka też tricolorowa, tatusia wówczas jeszcze nie poznałam, mieszkał w Warszawie u Pani Joasi Adamowskiej (długoletniej hodowczyni sheltie, obecnie sędziny psów pasterskich). Fidla  tatusia poznałam na wystawach, gdzie był wystawiany jako pierwszy pies blue-merle w Polsce. 

Diunka była najwspanialszą psią przyjaciółką, kochałam Ją bezgranicznie. A Ona kochała całą Naszą Rodzinę. Towarzyszyła pojawiającym się dzieciom, Kubusiowi, Jaśmince, Matikowi i Mieszkowi. Dla każdego, w zależności od wieku, miała inne granice wytrzymałości. Niesamowite było obserwować jak to się zmienia z wiekiem dzieci. Ona była pierwsza  przed dziećmi, więc czuła się zapewne Ich opiekunką, tak to wyglądało. Była bardzo uważna, troskliwa, zaangażowana w pilnowanie na spacerach, jak stadka owieczek 🐑

Owiec nie miała okazji zaganiać w swym 12-letnim życiu, miejskim w przewadze. Choć staraliśmy się spędzać dużo czasu na łonie natury, wspólnie podróżować, to owcze stada nie pojawiały się na horyzoncie.

Diunka była wystawową suczką, zdobyła uprawnienia hodowlane i została mamą. Urodziła 3 mioty, dwukritnie z marmurkowym partnerem i raz ze śniadym. Wykarmiła i odchowała w sumie 13 szczeniąt. Pierwszą 4kę na A, szóstkę na B i trójkę na C.

Jedynym hodowlanym dzieckiem jakie poszło w świat okazała się tricolorowa suczka z drugiego miotu, Black First Lady. To dzięki Panu Kazimierzowi Ślusarkowi, ktôry w rozliczeniu za krycie wybrał tą sunię i pozostawił w swej hodowli Polly z M-3, krew Diunki płynie po dziś dzień w setkach szetlandów na świecie. Dokładnej liczby potomków Diunki nie doliczyłam się jeszcze, jestem w trakcie tworzenia drzewa genealogucznego.  

Diunka dożyła 12 lat, chorowała przez ostatni rok na raka pęcherza moczowego, udało się operacją przedlużyć życie o kilka miesięcy ale nowotwór rozsiał się i atakował kolejne organy, byliśmy zmuszeni zmniejszyć cierpienie nie pokazujacej go Nam ukochanej psinki. Tak bardzo kichała i nie chciała aprawiqć Nam smutku że nie okazywała bólu, jaki pewnie czuła. Powolutku słabła i jedynie rozsądek w końcu wziął górę i pogodziliśmy się ze smutną rzeczywistością.

Strata Diunki sprawiła że nie byłam w stanie sobie wyobrazić że kiedykolwiek będę w stanie pokochać innego psa. Taka wyrwa w sercu głęboka jak Rów Mariański. Wiele lat w domu Naszym żyły jedynie koty, dopiero po 10 latach dołączyła do rodziny Kaja, goldenka. Szetlanda nie byłabym w stanie jeszcze wówczas przyjąć do serca. Potrzebowałam kolejnych 10 lat. Czyli dwie dekady po odejściu Diunki zaczęłam rozglądać się za sheltie. Na samą wiadomość, że w obecnych czasach istnieją internetowe bazy ksiąg rodowodowych i jest dostęp do nich, można wyszukać psy z zamierzchłych lat 90tych. Tą ścieżką doszukałam się potomków Diunki i obecnie żyje z Nami tricolorowy MoonRi i marmurkowa suczka Lunita. Obydwoje w 8-10 pokoleniu prapra…wnuki Diuny. Czuję w MoonRi’m energię Diuny. Spokój, opanowanie, taka dystyngowana gracja. I w Jego oczach Jej iskierki ♥️ Tego się nie zapomina, to zostaje w sercu. Cieszy się serce z tej ciągłości, continuum. Wdzięczność za czystość krwi strzeżona przez ZKwP zrzeszone w światowej organizacji FCI. Dzięki tej ortodoksyjności mam szansę na pay z rodu swej ukochanej suni.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz