środa, 31 grudnia 2025

Zima

Przyszła prawdziwa zima, na ten koniec 2025 roku ❄️ Wczoraj była zamieć śnieżna, całą noc padało, ponoć napadało 60 cm, może więcej. Warmia została najsilniej zasypana. 

Konie wydeptują korytarze, psy pokrywają się kulkami lepkiego śniegu. 





Salsa, wracająca z krótkich wyjść na załatwienie potrzeb, jest cała zakulkowana śniegiem. Odgruzowujemy łapy, portki, suszymy futro, by do dzieci nie wchodziła zbyt mokra. 






Zjawiskowa aura, pierwszy raz taką kołderką przykryta Ziemia Nomadów. Prawdziwa zima, daleko jej do Zimy Stulecia z Mojego dzieciństwa, gdy w Gdańsku tunele były kopane by móc się przemieszczać. I Zatoka Gdańska był zamarznięta, chodziliśmy po lodzie bardzo daleko od brzegu. Przyjemną atmosferę tworzy ta biała wszechogarniająca pierzynka. Zalet co_nie_miara. O wadach nie będę wspominać. Póki co mamy zapasy jedzenia, z opałem ciut słabiej, gaz się kończy ale przerwy w dostawie prądu jedynie chwilowe. 


wtorek, 30 grudnia 2025

Nowe w Nów

20 grudnia w ostatni Nów Księżyca w 2025 roku, w momencie Zimowego Przesilenia, w najdłuższą w roku noc urodziły się długo wyczekiwane szczeniaczki.

Dzieci Salsy i Chilli’ego, czwórka dorodnych maluchów. Trzech chłopców i jedna dziewczynka. Każdy w swej pryginalnej łaciatości, umaszczenia jak 4 pory roku, jeszcze nie mieliśmy takiej gamy. 


Z racji wielkich zmian w temacie energii jakich doświadczamy po 5 latach życia (z wyboru) w off-gridowym siedlisku … pojawiła się w porodówce „sztuczna kwoka” czyli promiennik podczerwieni🚨 Sami od października delektujemy się ciepłem z lampy świecącej falami podczerwieni, wspaniale rozgrzewa ciało, nie wysuszając powietrza. A przy okazji daje przyjemne wrażenie plażowania ☀️
Maleństwa mają więc od urodzenia ciepełko gwarantowane 🧡 co w wiejskiej drewnianej chacie nie jest oczywistością. Jak nadchodzi Wiatr Północy wwiewa przez szczelinki dużo mrozu, zwłaszcza w ten grudniowy, w końcu zimowy czas. Ronja przeszczęśliwa, bo narty przecież czekają 😁🎿❄️⛷️ bałwany też chciałyby zostać ulepione ☃️
Ale noworodki żyją w cieplutkim gniazdku otulone matczyną miłością i futerkiem ♥️


Noworodki silne, od pierwszych chwili mają mocny odruch ssania i potrzebę bliskości, wtulania się w mamę. Najchętniej spędzałyby całe dnie i noce na cyckach. Choć jak mama odsunie się od lampy to może odpocząć, a maluchy jak na plaży wygrzewają w ciepełku.



Przez pierwsze dni Salsa z trudem zostawiała je, wychodząc na krótką chwilę by się załatwić i zaczerpnąć świeżego powietrza. Po tygodniu zaczęła sobie robić chwile wytchnienia wychodząc z kojca i leżąc obok, słysząc i widząc dzieci. Reagując gdy się któryś obudził i zawołał „mamo, gdzie jesteś??”

Przez ten pierwszy tydzień czuwaliśmy rodzinnie na zmianę całą dobę przy maleństwach. By przypadkiem za daleko nie oddaliły się w zaułki kojca, by pomóc gdyby przypadkiem nie mogły znaleźć cycka 😚 by być pewnym, że temperatura i  wilgotność powietrza mieszczą się w oczekiwanych widełkach 😎 by w końcu przesuwać lampę w najbardziej idealne ustawienie, dokładać mokrych ręczników wokół kojca.
I tak upływały dni i noce, a że czas świąteczny na kalendarzu się pojawił akurat w tym pierwszym tygodniu 🎄 mieliśmy wyjątkowe święta, z nowonarodzonymi prawie w żłóbku. Wszak materacyk na którym leżą od urodzenia jest wypełniony sieczką słomianą, super izolujacą od podłogi.



Dziś maluchy skończyły 10 dni i ostatnie noce mamy już przespane. Salsa też robi sobie przerwy na sen zgodnie z własnym poczuciem. Dłuższe przerwy w karmieniu, ale jeszcze nie daje się odczuć aktywność maluchów. Dnie i noce upływają na ssaniu i spaniu.
Zapewniamy im kilka razy dziennie „atrakcje”, regularne ważenie rano i wieczorem, południową stymulację neurologiczną i popołudniowy trening zapachu.
A to wszystko dla wsparcia rozwoju, wzmocnienia układu immunologicznego i poprawy krążenia. 
Więcej o ENS i ESI obiecuję przybliżyć w oddzielnym wpisie.
 

sobota, 27 grudnia 2025

Promocja rasy

Dziś ruszyła strona oficjalna promująca rasę mastif pirenejski na świecie. Inicjatorami i sprawcami tej wirtualnej przestrzeni są dwaj entuzjaści rasy: Ruud Buddenberg i Paul Stijns.




To wielki moment, w atmosferze nadziei na powstrzymanie ujemnego przyrostu naturalnego, społeczność światowa hodowców, właścicieli i pasjonatów rasy trzyma kciuki za powodzenie idei. 

Ruud Buddenberg

Paul Stijns

Prosta w budowie strona, przejrzysta, wręcz minimalistyczna, by nie zniechęcić osób zaciekawionych rasą. Wzbudzić apetyt na jej poznanie, przybliżyć miejsca gdzie można w realu poznać przedstawicieli rasy. Wesprzeć w poszukiwaniach hodowli, szczeniąt. Przenieść na grunt lokalny do miejsc gdzie mastify pirenejskie żyją.

Strona ma 2 adresy przenoszące do tej samej platformy:

www.mastindelpirineo.eu

www.pyreneanmastiff.eu

W imieniu twórców zapraszam na stronę o mastifach pirenejskich.



czwartek, 18 grudnia 2025

Diunka

18 grudnia 1990 roku, w Skierniewicach, w hodowli „Mgły Szetlandów” u Państwa Góreckich przyszła na świat Moje pierwsza szetlandka. 

Gdyby żyła obchodziłaby dziś swoje 35 urodziny 🎂




Jej rodowodowe imię brzmiało SUWI a w domu ochrzciliśmy Ją Diuna. 

Ta tricolorowa sheltie była Moim wymarzonym pierwszym rasowym psem. Zakupiona za połowę „ślubnych kopert” zimą 1991 roku. 

Poszukiwania sheltie wypatrzonego w księdze „Psy rasowe” w tamtych czasach rozpoczynało się w najbliższym oddziale Związku Kynologicznego. Zadzwoniłam (byłam szczęśliwą posiadaczką stacjonarnego telefonu, co na ówczesne czasy nie było oczywistością) więc do sopockiego oddziału i udało się namierzyć w bazie jedyne szczenięta owczarka szetlandzkiego w tamtym momencie w Polsce. Aż w Skierniewicach! Szczęśliwa, zadzwoniłam do Państwa Góreckich i umówiłam się by przyjechać zobaczyć szczeniaczki. Miały już 2,5 miesiąca. Ja byłam w 7 miesiącu ciąży. Ale wsiadłam w pociąg i po wielu godzinach dotarłam z Gdańska do Skierniewic. To był początek historii podróży z Diunką. Najeździłyśmy się po Polsce na wystawy, w tamtych czasach podróżowanie pociągiem było tak naturalne.

Rodzinę w której urodziła się Diunka pokochałam od pierwszego wejrzenia, wspaniała rodzinka Góreckich, mieszkali w bloku, tak jak My. Mieli dwójkę dzieci, Karolinkę i Marcina (aktualnie dr hab. na katedrze Zoologii Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu). Przecudna atmosfera miłości rozlewającej się na stadko wesołych szetlandów.


I Diunka, jedna z gromadki tricolorowo-marmurkowych maluchów. Mamusia Draka też tricolorowa, tatusia wówczas jeszcze nie poznałam, mieszkał w Warszawie u Pani Joasi Adamowskiej (długoletniej hodowczyni sheltie, obecnie sędziny psów pasterskich). Fidla  tatusia poznałam na wystawach, gdzie był wystawiany jako pierwszy pies blue-merle w Polsce. 

Diunka była najwspanialszą psią przyjaciółką, kochałam Ją bezgranicznie. A Ona kochała całą Naszą Rodzinę. Towarzyszyła pojawiającym się dzieciom, Kubusiowi, Jaśmince, Matikowi i Mieszkowi. Dla każdego, w zależności od wieku, miała inne granice wytrzymałości. Niesamowite było obserwować jak to się zmienia z wiekiem dzieci. Ona była pierwsza  przed dziećmi, więc czuła się zapewne Ich opiekunką, tak to wyglądało. Była bardzo uważna, troskliwa, zaangażowana w pilnowanie na spacerach, jak stadka owieczek 🐑

Owiec nie miała okazji zaganiać w swym 12-letnim życiu, miejskim w przewadze. Choć staraliśmy się spędzać dużo czasu na łonie natury, wspólnie podróżować, to owcze stada nie pojawiały się na horyzoncie.

Diunka była wystawową suczką, zdobyła uprawnienia hodowlane i została mamą. Urodziła 3 mioty, dwukritnie z marmurkowym partnerem i raz ze śniadym. Wykarmiła i odchowała w sumie 13 szczeniąt. Pierwszą 4kę na A, szóstkę na B i trójkę na C.

Jedynym hodowlanym dzieckiem jakie poszło w świat okazała się tricolorowa suczka z drugiego miotu, Black First Lady. To dzięki Panu Kazimierzowi Ślusarkowi, ktôry w rozliczeniu za krycie wybrał tą sunię i pozostawił w swej hodowli Polly z M-3, krew Diunki płynie po dziś dzień w setkach szetlandów na świecie. Dokładnej liczby potomków Diunki nie doliczyłam się jeszcze, jestem w trakcie tworzenia drzewa genealogucznego.  

Diunka dożyła 12 lat, chorowała przez ostatni rok na raka pęcherza moczowego, udało się operacją przedlużyć życie o kilka miesięcy ale nowotwór rozsiał się i atakował kolejne organy, byliśmy zmuszeni zmniejszyć cierpienie nie pokazujacej go Nam ukochanej psinki. Tak bardzo kichała i nie chciała aprawiqć Nam smutku że nie okazywała bólu, jaki pewnie czuła. Powolutku słabła i jedynie rozsądek w końcu wziął górę i pogodziliśmy się ze smutną rzeczywistością.

Strata Diunki sprawiła że nie byłam w stanie sobie wyobrazić że kiedykolwiek będę w stanie pokochać innego psa. Taka wyrwa w sercu głęboka jak Rów Mariański. Wiele lat w domu Naszym żyły jedynie koty, dopiero po 10 latach dołączyła do rodziny Kaja, goldenka. Szetlanda nie byłabym w stanie jeszcze wówczas przyjąć do serca. Potrzebowałam kolejnych 10 lat. Czyli dwie dekady po odejściu Diunki zaczęłam rozglądać się za sheltie. Na samą wiadomość, że w obecnych czasach istnieją internetowe bazy ksiąg rodowodowych i jest dostęp do nich, można wyszukać psy z zamierzchłych lat 90tych. Tą ścieżką doszukałam się potomków Diunki i obecnie żyje z Nami tricolorowy MoonRi i marmurkowa suczka Lunita. Obydwoje w 8-10 pokoleniu prapra…wnuki Diuny. Czuję w MoonRi’m energię Diuny. Spokój, opanowanie, taka dystyngowana gracja. I w Jego oczach Jej iskierki ♥️ Tego się nie zapomina, to zostaje w sercu. Cieszy się serce z tej ciągłości, continuum. Wdzięczność za czystość krwi strzeżona przez ZKwP zrzeszone w światowej organizacji FCI. Dzięki tej ortodoksyjności mam szansę na pay z rodu swej ukochanej suni.